PiS a europejska lewica

Od jakiegoś czasu nie udzielałem piątkowych rekomendacji na TT. Uznałem, że znikomy miałoby to sens. Polski Twitter, poza oficjalnymi kontami firmowymi i medialnymi, z ich suchymi jak wiór komunikatami, pisanymi sobie a muzie marketingowej biurokracji, to wyjątkowo nieliczne grono.  Nadwiślański TT, podobnie jak sama Polska, a może jeszcze bardziej, ze względu na obfitość płatnych trolli, składa się z dwóch oddzielnych, wrogich sobie ekosystemów polityczno-światopoglądowych. Czasem zderzających się ze sobą, ale przede wszystkim skupionych na wewnątrzklanowej komunikacji swych członków i współwyznawców. Ci rozpoznają się bardzo intuicyjnie, choćby z tego względu, że populacja tej krainy liczy sobie może trzydzieści tysięcy realnych, aktywnych, „żywych” osób. Nie, nie wierzę w prawdziwość tych setek tysięcy obserwujących, którymi szczycą się niektórzy politycy.

Czy jest więc jakiś sens w rekomendowaniu Zdziśka Zosi albo Jadzi Zbyszkowi? Nie wiem, nie chce mi się. Coś ważniejszego się dzieje. Mianowicie, Zdzisiek i Jadzia prawie zawsze piszą dokładnie o tym samym, o ile należą do tego samego z dwóch polskich plemion. Mówią to samo, odczuwając podobne emocje, tylko słowa się różnią. Czemu to niepokojące? Ponieważ ma to zazwyczaj coraz mniej wspólnego z czymkolwiek co się dzieje intelektualnie czy politycznie poza granicami Polski.

Od dłuższego czasu obserwuję, że nasz kraj niebezpiecznie oddala się od głównych wątków dyskursu politycznego i społecznego na Zachodzie – zarówno tych oficjalnych, prowadzonych w tzw mediach głównego nurtu, jak też od tych wszystkich niszowych prądów kulturowych i intelektualnych, które naprawdę obecnie są arcyciekawe. To niebezpieczne, ponieważ jestem przekonany, że uczestnictwo w tych rozmowach i procesach zadecyduje ostatecznie o naszej kulturowej przynależności do świata Zachodu. A pośrednio też o tym, czy pozostaniemy w nim politycznie i instytucjonalnie.

Marsz Niepodległości Husarzy

Tymczasem my, Polacy, zapadamy się w sobie, dusimy we własnych, partykularnych, ważnych tylko dla nas wątkach i treściach, nie zauważając, że świat, do którego przez chwilę należeliśmy oddala nam się. Wyznawcy PiSu żyją w swojej dusznej polskości, w której rok 1944 i 2018 sczepione są ze sobą w sposób niemożliwy do rozpętlenia, popadają w coraz głębsze szaleństwo, w którym Soros i mordercy z SB, Trump i Stalin, „żołnierze wyklęci” i ISIS chodzą tymi samymi ulicami i prowadzą ze sobą jakiś opętańczy międzyepokowy dialog, przyjaźnią się ze sobą i ścierają. W ich świecie czas i przestrzeń przestają istnieć, zaborcy z XVIII wieku są nimi też dziś, a husaria jest bardziej realna od zmian klimatycznych.

Przedstawiciele drugiego plemienia, widząc ten narastający obłęd, biją w dzwony, przerażeni narastającą dynamiką szaleństwa, zagrażającego już nie tylko poczytalności członków grupy pierwszej, która przejęła stery, ale przede wszystkim demokracji i praworządności w państwie. Chcąc desperacko (i słusznie) pokonać opętańców popadają jednak niepostrzeżenie w inny rodzaj zaślepienia. Trudniejszego do zauważenia, ale również niebezpiecznego, właśnie ze względu na jego subtelny charakter.  Druga grupa, mianowicie, przestała dostrzegać, że Zachód się zmienia. Że nie jest już tym, czym był w latach 80tych i 90tych. Jest to, niestety, równie groźne jak fantasmagorie ludu pisowskiego, bowiem tamtego El Dorado już nie ma.

Zmieniło się bardzo wiele. Zachód się trzęsie w posadach. Co widzimy? Nowe odkrycia naukowe kontrowane są przez „fake news” i antyszczepinkowców.  Rosnąca przestępczość i oazy bezpieczeństwa, Trump i antifa, emigranckie getta w miastach Europy, zamachy terrorystyczne w stolicach, które od kilkudziesięciu lat żyły w pokoju, dżihadyści i kongresy „nowych ateistów” w jednej dzielnicy. Ameryka i Europa dawno nie były tak podzielone i jednocześnie nieprzychylne sobie, a Wielka Brytania właśnie „wypięła się” na kontynent. Wzmacniają się różnice ideologiczne, majątkowe, emocjonalne i psychologiczne. Nawet fizyczne! Rozdźwięk między tym jak ludzie dziś wyglądają jest chyba większy niż kiedykolwiek wcześniej. Niezliczone osoby o wadze kilkudziesięciu czy stu kilo ponad normę mijają się na ulicach z rzeszą ludzi, o ciałach, którymi 30 lat temu mogli się poszczycić wyłącznie zawodowi sportowcy. Naukowcy ostrzegają przed przebiegunowieniem kuli ziemskiej, ja odnoszę wrażenie, że na Zachodzie ono trwa już w najlepsze. I że nikt nie ma pojęcia jaki byt z tych zmian się ostatecznie wyłoni.

Pisowski kult świętego łona

Jest to być może jedną z niedocenianych przyczyn popularności PiSu w Polsce. W końcu ludzie mają prawo się obawiać tego, czego nie rozumieją, a niezwykle trudno jest pojąć całość procesów zachodzących obecnie w państwach Europy Zachodniej i USA. Oczywiście nasz swojski bazarowy narodowy socjalizm z elementami oficjalnego katolicyzmu jest odpowiedzią złą –  prostacką i nieskuteczną. Nie stanowi żadnej alternatywy, co dostrzeże każdy, kto potrafi docenić złożoność zachodzących zmian. Jednak „bycie częścią Europy”, również jest kursem prowadzonym trochę na oślep, marszem na azymut pomijającym większość wyzwań, z którymi społeczeństwa przez Polaków tak cenione borykają się obecnie.

Opisywanie, czy choćby wyszczególnienie tych zmian wykracza poza moje ambicje związane z niniejszym tekstem. Muszę jednak przyznać, że tak jak w naszym kraju za siłę najbardziej niszczycielską, bez dwóch zdań, uważam PiS (z racji polityki rozdawnictwa socjalnego, wysokich podatków i nacjonalizacji zawsze jednak czuję wewnętrzny opór przy nazywaniu ich prawicą), tak na Zachodzie największe zagrożenie dostrzegam w ruchach lewicowych.

Paradoksalnie przyczyna mojej niechęci w obu przypadkach jest ta sama. Podobnie jak PiS w Polsce, tak lewica na Zachodzie narusza liberalne fundamenty państwa prawa i wolności obywatelskich. Po prostu rewolucja antyliberalna u nas i tam nadchodzi z dwóch różnych stron. Jej przyczyny są różne, ale to nie o nich chciałem pisać.

Tendencje antydemokratyczne u zachodniej lewicy wydają mi się szczególnie niepokojące w kilku obszarach.

Islamizm

Z jakiegoś powodu naprawdę można odnieść wrażenie, że lewica zachodnia zawarła cichy sojusz z ze środowiskami islamistycznymi. Jest to dla mnie prawdziwa zagwozdka intelektualna, ponieważ stosunek do kobiet, homoseksualistów, innowierców, apostatów i ateistów stawia tę filozofię w całkowitej kontrze wobec wartości humanistycznych i oświeceniowych, na których lewica wyrosła. A jednak, gdy się przyjrzymy sytuacji z bliska, trudno nie dostrzec cichego porozumienia między tymi dwoma żywiołami na Zachodzie.

Jeremy Corbyn z flagą Hezbollahu

Nie istnieje już chyba żadna islamistyczna organizacja terrorystyczna na kuli ziemskiej, wobec której Jeremy Corbyn, lider brytyjskiej Partii Pracy nie wyraziłby głębokiej sympatii i uznania. Barrack Obama, prywatnie fantastyczny, sympatyczny i serdeczny człowiek prowadził fatalną politykę faktycznego wspierania islamistów w Syrii i w Libii. Zachował też haniebny dla USA ścisły sojusz z Arabią Saudyjską, prawdopodobnie najbardziej obecnie opresyjnym państwem na świecie.

Fakt, że na Zachodzie operują legalnie sądy szariackie, rozstrzygające sprawy cywilne zgodnie z kodeksem z IX wieku, w którym słowo kobiety jest warte połowę tego, co słowo mężczyzny jest przerażający i absurdalny jednocześnie. Takie sądy, formalnie instytucje arbitrażowe z prawem rozstrzygania w kwestiach cywilnoprawnych, funkcjonują w Wielkiej Brytanii i Niemczech. Sądy państwowe w Szwecji nie deportują imigrantów skazanych np. za gwałty na Szwedkach ze względu na to, że byłoby to niehumanitarne. W Wielkiej Brytanii pozwolono na to, aby kilka szajek gwałcicieli – muzułmanów działało całymi latami, pomimo wiedzy instytucji publicznych o ich działaniach. Sprawców można było aresztować wcześniej, ponieważ ofiary – nieletnie dziewczynki nie ukrywały tego, że są stręczone. Nie zrobiono tego, ponieważ byłoby to odebrane jako „rasizm” i uwzięcie się na mniejszość muzułmańską. W jednym takim przypadku liczba ofiar w tym czasie dobiła do 1400 dziewczynek!

Przekroczona została czerwona linia. Myślę, że trzeba sobie powiedzieć jasno, że tego typu polityka prowadzona przez partie lewicowe i znajdująca nierzadko wsparcie w pozarządowych organizacjach powiązanych z lewicą to igranie z ogniem. Co więcej przyczynia się bezpośrednio do odradzania ruchów ekstremistycznych po prawej stronie.

Wolność słowa i zgromadzeń

Nie ma liberalnej demokracji bez wolności słowa. To fundament w każdym systemie demokratycznym, ale nigdzie nie jest tak głęboko wmurowany w prawodawstwo jak w państwach anglosaskich, które, w końcu, dały światu współczesną wersję demokracji. Nie przesadzam pisząc, że w prawie amerykańskim, brytyjskim, kanadyjskim, australijskim czy nowozelandzkim nie ma niczego bliższego świętości niż właśnie wolność słowa. Tak przynajmniej było do niedawna.

Tradycyjnie dopuszcza się jedynie dwa-trzy wyjątki od zasady wolności słowa, bardzo ściśle, zresztą określone. Pierwszym wyjątkiem jest pomówienie (libel). Dochodzi do niego, jeśli osoba „A” publicznie rozpowszechnia na temat osoby „B” fałszywą informację, która może zepsuć jej reputację. Musi to być nieprawdziwy fakt, a nie opinia typu „Iksiński jest głupi”. Wszelkie opinie są dopuszczalne. Drugim wyjątkiem jest „incitement”, czyli prowokowanie lub nawoływanie do nielegalnego zachowania, jak pobicie, morderstwo, kradzież, itd. Trzecim wyjątkiem od tej zasady, akceptowanym w niektórych systemach anglosaskich jest groźba (threat). Tylko niektóre zdefiniowane groźby są karalne. I tyle. Koniec. W tradycji prawa „common law” nie ma innych wyjątków od zasady wolności słowa.

via fb: Smutne historie spisane na kacu i tanim papierze.

Arcyistotne jest, że nie narusza prawa wyrażanie poglądów religijnych, społecznych, etycznych ani politycznych. Może się to wydawać oczywiste, ale nie jest. Dotyczy to bowiem, również poglądów skrajnych, jak komunizm czy faszyzm, które w Polsce są zakazane. Nie ma, natomiast niczego bardziej godzącego w wolność słowa niż istniejąca w polskim prawie karalność obrazy uczuć religijnych. Tego typu regulacje określane są w świecie anglosaskim mianem „blasphemy law” i traktowane jako przejaw kulturowego prymitywizmu i barbarzyństwa. Fakt, że sąd mógłby skazać kogoś za emocje, które inna osoba odczuwała słuchając jego wypowiedzi np. na temat boga, nie mieści się w głowach nawet najbardziej ekscentrycznych prawników amerykańskich czy brytyjskich.

Wolność słowa to również, a może przede wszystkim, wolność do obrażania. To oczywiste, że łagodne i schlebiające wypowiedzi nie stanowią problemu i nikt nikogo nie poda do sądu, po usłyszeniu „misiu pysiu”. Ochrona wolności słowa z natury rzeczy dotyczy mocnych słów i poglądów kontrowersyjnych, trudnych do zaakceptowania, godzących w emocje i dobre samopoczucie innych ludzi. To właśnie te wypowiedzi są zagrożone cenzurą ze względu na „dobre obyczaje”, „dobro narodu”, szacunek dla wspaniałego władcy lub jego niestrudzonych pomocników partyjnych, ważnego biznesmena czy wpływowego księdza. I właśnie z tego powodu krytyka, a nawet obrażanie w tych obszarach jest tradycyjnie chronione najmocniej przez prawo w systemie demokratycznym.

Dlaczego to takie ważne? W końcu czasy się zmieniają, może nadeszła pora na zmiany i „ucywilizowanie nas” w tym względzie? Nie. Nie da się. Demokracja bez wolności słowa zaczyna gnić i obumierać, ponieważ ten system oparty jest na trudnych rozmowach, negocjacjach i niekończącej się krytyce, która zastępuje znacznie mniej przyjemne wojny domowe. Zażarte spory i mocne słowa to sublimacja przemocy fizycznej. Zakazywanie prowadzenia kontrowersyjnego dyskursu sprawia, że schodzi on do podziemia, gdzie ciśnienie zaczyna rosnąć, aż bulgocze i wybucha rewolucja, leje się krew. Istnieje kilka przyczyn tego, że żaden odpowiednik rewolucji październikowej ani francuskiej nie wybuchł nigdy w Anglii. Jedną z nich jest zagwarantowana tam od stuleci wolność słowa. Ludzie, którzy mają prawo jawnie krytykować rzadko kiedy czują potrzebę zbrojnego występowania o swoje racje.

W Polsce na wolność słowa czyha zagrożenie pod płaszczykiem szeroko pojętego „dobra narodu” lub „uczuć religijnych” i to przede wszystkim ze strony prawicy możemy oczekiwać ruchów cenzorskich (po 1989 r.). Pokazuje to oburzająca sprawa sprzed raptem kilku dni skazania Jerzego Urbana na grzywnę w wysokości 120 tys złotych za publikację satyrycznego obrazka z Jezusem. Jasne, można Urbana nie lubić, ale przecież nie chodzi tu wcale o niego. Chodzi o zasady, które powinny być w demokracji świętością.

Na Zachodzie, dla odmiany, takie tendencje od kilkunastu lat coraz bardziej nasilają się po lewej stronie. Wszystko zaczęło się od wprowadzenia pojęcia „mowy nienawiści” (hate speach), czyli prób ograniczenia wolności słowa w szlachetnym, zdawałoby się, celu ochrony mniejszości. Jest to wyjątkowo perfidna i dobrze zakamuflowana pułapka. Nie ulega bowiem wątpliwości, że mowa nienawiści rzeczywiście istnieje, mniejszości powinny czuć się bezpiecznie, a ludzie, którzy chcą je chronić najczęściej kierują się przyzwoitością i empatią.

Ale nie tędy droga. Ograniczanie możliwości krytykowania nawet innych kultur czy obyczajów prowadzi do cenzury, pojawiają się tematy, których poruszania w rozmowach ludzie się zaczynają obawiać, emocje rosną, ważne społeczne problemy zaczynają być omijane i zaprzestajemy szukania rozwiązań. Pojawia się dwójmyślenie – zaczyna istnieć mowa oficjalna i ta prywatna, której nikt publicznie nie używa. Robi się duszno i sztucznie. W efekcie ożywia się radykalne podziemie zakazanych myśli, znacznie bardziej jadowitych niż gdyby były na powierzchni i uczestniczyły w dyskursie, poddawane racjonalnej krytyce.

To właśnie jest problem tzw politycznej poprawności. I jest to problem realny. Reakcja ludzi bowiem jest prosta – zaczynają głosować na chamów i antypatyczne typy, jak np. Donald Trump. Ponieważ oni mówią co myślą, nawet jeśli to niemiłe. Wyborcy podskórnie mają nadzieję, że pętla coraz silniej zaciskająca się im na szyjach poluzuje się. Właśnie dlatego żaden powód, choćby najbardziej szlachetny, nie uzasadnia wprowadzania ograniczeń prawnych, które regulują co wolno mówić. Podkreślam, że piszę tu o sankcjach karnych a nie towarzyskich czy społecznych. Każdy musi się liczyć z tym, że po tym jak powie coś kontrowersyjnego może wywiązać się polemika, ktoś może się obrazić, przestać się odzywać czy podawać rękę. To naturalna konsekwencja szczerości.

Natomiast skazywanie ludzi za krytykę „świętości” jakie by one nie były – lewicowe czy prawicowe, jest zawsze ciosem wymierzonym w demokrację i pierwszym krokiem w stronę dyktatury.

Kolejne pytanie, przy próbach ograniczenia wolności słowa w imię walki z nienawiścią, brzmi:  „kto określa co stanowi nienawiść?”. Komu damy prawo rozstrzygać czy Kowalski kierował się uzasadnionym zatroskaniem daną sytuacją, czy wkroczył już w niebezpieczny świat nienawistnych emocji, w związku z którym powinien zostać ukarany przez sąd?  Nie da się. Nikt tego nie rozstrzygnie a dawanie takiej władzy sędziom, czy komukolwiek innemu, jest bardzo niebezpieczne.

Polityka tożsamości grupowych

Nasilające się systemowe próby wprowadzenia ograniczeń wolności słowa wiążą się z trzecim niepokojącym zjawiskiem występującym obecnie na zachodniej lewicy. Kolejnym, które w dziwny sposób upodabnia ją do wyznawców PiS i narodowców w Polsce. Jest to myślenie w kategoriach grup tożsamościowych, znane też pod angielską nazwą „identity politics”.

Współczesna liberalna demokracja zachodnia opiera się na indywidualizmie. Człowiek ma prawo żyć jak chce, czuć się wolny, mieć zagwarantowane prawo do samorozwoju („pursuit of happiness” w konstytucji USA). To jednostka jest ważna i jej prawa powinny być szczególnie chronione. W oparciu o te założenia Zachód osiągnął wielkość i powstała unikalna na skalę historii świata cywilizacja. Jednakże jej zdobycze i posmak wolności, który się z nimi wiąże, są nieustannie zagrożone. Nic tak nie podkopuje fundamentów demokracji jak kwestionowanie praw osobistych jednostki. Te, z kolei, najłatwiej podkopać przeciwstawiając wolność osobistą jednostki dobru grupy.

Zbrodnicze ustroje totalitarne XX wieku osiągnęły swą skuteczność w mordowaniu właśnie dlatego, że ludzie zaakceptowali prymat grupy nad jednostką. Zgodzili się dobrowolnie lub pod przymusem, aby prawa zbiorowości były ważniejsze. Ta pokusa jest czymś śmiertelne niebezpiecznym dla demokracji nie tylko w swoich ekstremalnych postaciach. Niebezpieczeństwo istnieje już kiedy się pojawia jako serdeczna propozycja zmiany, jako empatyczne nawoływanie do ograniczenia wolności osobistych, bo przecież innych jest więcej. Nie. Alarm! Wiemy już jak to się skończy. To już było grane.

Zagrożenie polityki tożsamości grupowych może się pojawić zarówno z prawej strony (Polska) jak i z lewej (Zachód). Właściwie jedno jest odbiciem drugiego, a jedynie grupy stawiane na piedestale się różnią. Tak jak w pisowsko-narodowym piekiełku oczekuje się od obywateli, że podporządkują się dobru szeroko pojętego narodu i religii (ile już było prób niedopuszczenia do projekcji „Kleru”?) tak na Zachodzie liczne są zastępy tzw Social Justice Warriors („SJW”) gorączkowo i histerycznie nawołujących do tego, aby prawa i obowiązki w społeczeństwie zostały rozłożone nierównomiernie i podporządkowane przynależności do grupy etnicznej (zbiorowa wina białych wobec: czarnych, Latynosów, rdzennych Amerykanów, itd) czy płciowej (słynny mit „patriarchatu”)  w celu osiągnięcia jakiejś dziejowej sprawiedliwości.

Przejawia się to na różne sposoby, prawie zawsze destruktywnie, np w  nawoływaniach do wprowadzenia parytetów płci w wyborach, w oderwaniu od rzeczywistych kompetencji kandydatów. Myślę tu też o „affirmative action” w USA –  polityce, zgodnie z którą przedstawicielom niektórych ras przyznawane są dodatkowe punkty przy przyjmowaniu na uczelnie, a osobom reprezentującym inne grupy rasowe się te punkty odejmuje (najwięcej punktów tracą Azjaci, z racji przynależności do grupy która ma statystycznie najlepsze wyniki). System ten do złudzenia przypomina punkty za pochodzenie na studiach w okresie PRL. Nadawanie określonym grupom przywilejów, które są tylko dla nich, jak wspomniany już  przeze mnie systemu sądów arbitrażowych opartych na prawie szariatu dla muzułmanów na Zachodzie, czy prawo do prowadzenia kasyn dla Indian w wielu stanach USA zawsze prowadzi do zaburzeń społecznych, wynaturzeń, antagonizuje grupy społeczne, w efekcie czego, napięcia między nimi wcale nie znikają a przeciwnie, pogłębiają się.

Etos polityki grupowej jest zazwyczaj przesiąknięty roszczeniowością. I tak, gdy PiS pomrukuje o roszczeniach odszkodowawczych wobec Niemiec, wśród lewicy afroamerykańskiej pojawiają się regularnie nawoływania do wypłacania odszkodowań za okres niewolnictwa. Nie ma znaczenia to, że druga wojna światowa skończyła się prawie 80 lat temu a niewolnictwa w USA nie ma od ponad półtora wieku! Polityka grupowa jest wiecznie głodna nowych zdobyczy i koncesji na rzecz swoich członków. Politycy, którzy często cynicznie, do tego nawołują wiedzą jak wiele głosów mogą zyskać obiecując czyjeś pieniądze „swoim”. Trudno o lepszą kiełbasę wyborczą – „jesteś czarny i z tego tytułu należą Ci się pieniądze od białych, którzy są potomkami właścicieli niewolników”, „jesteś Polakiem, więc należy Ci się odszkodowanie od potomków nazistów”.

Istotnym problemem jest to, że tak jak stosunkowo łatwo można określić, kiedy prawica przekracza granicę obłędu i z konserwatyzmu wkracza w obszary kolektywizującego faszyzmu, np. głosząc wyższość rasową czy etniczną swojej grupy (w naszych warunkach zazwyczaj było to szczególne posłannictwo narodu polskiego), tak znacznie trudniej jest taką granicę wyznaczyć po lewej stronie. Jest ona rozmazana, właśnie dlatego, że emocje i postawy stojące u podstaw światopoglądu lewicowego są altruistyczne. A jednak my, Polacy, wiemy, czym może owocować marksizm z jego afirmacją wojny klasowej i sprawiedliwości społecznej.

Nie pisze o tym, aby kogokolwiek zniechęcić do lewicy. Lewica jest potrzebna i odgrywa niezwykle istotną rolę w krajobrazie politycznym zdrowo funkcjonującego państwa. W Polsce klasyczna, demokratyczna lewica jest zbyt słaba, a jej rolę niestety przejął narodowo-socjalistyczny obóz PiS, z dużą szkodą dla kraju. Jednak, najważniejsze dla mnie jest utrzymanie i wzmocnienie demokracji, i niezależnie od barw, prawica czy lewica, nawołuję do tego aby przede wszystkim pamiętać o prawach jednostki, wolności słowa i przeciwstawiać się wszelkim próbom wymuszenia na obywatelach uległości wobec roszczeń „wzniosłych zbiorowości”. Zazwyczaj ten szantaż społeczny stosują łajdacy, którzy marzą tylko o tym, aby zdobyć władzę lub rozszerzyć jej mandat poza jego demokratyczne ograniczenia, kosztem zwykłego człowieka.

Nie dajmy się więc! Nie pozwólmy na to, aby manipulacje polityków prowadzone w imię jakiegoś wyższego celu pozbawiły nas praw obywatelskich. To na nich opiera się nasza wolność i jakość życia każdego z nas z osobna! To dzięki nim możemy oddychać pełną piersią i rozwijać skrzydła bardziej niż nasi przodkowie mogli kiedykolwiek wcześniej w dziejach. Nie traćmy też kontaktu z Zachodem, nie tym mitycznym i wymarzonym, tylko tym realnym, inspirującym ale też trudnym pod wieloma względami. To dzięki niemu możemy się cieszyć naszymi wolnościami osobistymi a nie jedynie niepodległością.

Moje #FF, czyli polecenia

Aby przybliżyć Wam ważne dyskusje i zagadnienia obecnie toczące się na Zachodzie polecam w ramach FF dwie wyjątkowe postacie – Jordana Petersona i Sama Harrisa. Są to przedstawiciele tzw „intellectual dark web”, grona intelektualistów niezwiązanych z żadnymi środowiskami politycznymi czy strukturami. Obaj są bardzo popularni na YT i mają szerokie grona oddanych słuchaczy, a poziom dyskusji i polemik z ich udziałem przebija o kilka długości to, co można dzisiaj usłyszeć ze strony gadających głów w stacjach telewizyjnych.

Jordan Peterson – Doktor psychologii, psychoterapeuta i wykładowca z Kanady. Zajmował się do niedawna głównie psychologią narracji w kontekście starożytnych mitów i przypowieści biblijnych, oraz ich interpretacją poprzez archetypy jungowskie i filozofię nietscheańską . Zasłynął gwałtownym protestem przeciwko przegłosowaniu przez parlament Kanady ustawy, która po raz pierwszy w historii prawa angielskiego (common law) nakładała sankcje karną za wykroczenia w obszarze mowy („compelled speach”) w przypadku niestosowania się do wymyślonych przez osoby transseksualne zaimków. Więcej o tym tu.

Świetny wywiad z dziennikarką Channel 4.

Kanał na YT Jordana Petersona

Jeden z jego wykładów z polskimi napisami

Sam Harris – Neurolog, od wielu lat uprawiający medytację Dzog-chen według tradycji tybetańskiej. Jeden z czołowych przedstawicieli ruchu „nowych ateistów”. Prowadzi bardzo popularny podcast.

Kanał Harrisa na YT

Debaty Petersona z Harrisem to klasa sama w sobie ale, żeby w pełni docenić, radzę obejrzeć najpierw wystąpienia jednego i drugiego osobno.

 

Informacje o mglisty

Autor Świstbloga. Warszawa. Prowadzę własny biznes, kolejny start-up w drodze.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.